Kanały:
Wpisy
Komentarze

Glinki na Dzikim Zachodzie

O 9.30 rano spakowani pojawiliśmy się na recepcji. Duże plecaki pozostawiliśmy w hotelu za 20 peso. Zjedliśmy śniadanko (tak, tak – jak się domyślacie ciastko i kawa/herbata) i wyruszyliśmy. Mikrobus, który podjechał od razu się wyróżniał… dużą „pajęczyną” na przedniej szybie zrobioną przez jakiś kamień. Wpakowaliśmy się do niego razem z grupą Niemców i ruszyliśmy w drogę. Droga nie była aż tak monotonna za sprawą gór na horyzoncie, które miały różne formy i kolory. Po pierwszej dotarliśmy do Parku Narodowego Ischigualasto. Czekaliśmy kilkadziesiąt minut na parkowego przewodnika, którego obecność jest obowiązkowa podczas wycieczek, czas umilając sobie zdjęciami robionymi dwóm szarym lisom biegającym po okolicy.

Czytaj dalej »

La Rioja przywitała nas brzydką pogodą. Było tuż po obfitym deszczu i groźne chmury rozpostarte na całym niebie nie zapowiadały szybkiego przejaśnienia. Do tego humor zepsuł nam plecak Zbyszka, który przesiąknął częściowo wodą podczas podróży autobusem. Dworzec autobusowy w La Rioja jest bardzo nowoczesnym budynkiem, ale niestety nie ma tam stoisk biur podróży ani ludzi oferujących noclegi, tak jak było w Mendozie. Była 8.00 rano więc wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do polecanego w Lonely Planet hoteliku Pension 9 de Julio. Pod drzwiami hotelu spędziliśmy kilka minut, ale ponieważ nikt nie otwierał, uznaliśmy, że hotel jest zamknięty… Poszliśmy więc do oddalonego o kilka przecznic hotelu „El Gran Embajador”. Okazał, się nie być tak wielki jak wskazywała nazwa, a jakiś ambasador może kiedyś w pobliżu niego przejeżdżał, ale na pewno nie opuszczając samochodu ;-) . Na szczęście mieli pokój z łazienką za 130 pesos więc zostaliśmy. Pokoik nie był za duży i za piękny, ale wrzuciliśmy do niego bagaże i poszliśmy szukać jakiejś informacji turystycznej. W porównaniu do Mendozy miasto było opustoszałe. Biura podróży były pozamykane – no cóż, w sumie była niedziela. O dziwo punkt informacji turystycznej był otwarty. Dostaliśmy tam trochę folderów i ulotek, ale wśród nich były tylko dwie dotyczące wypadów do Parku Tampalaya i Ischigualasto, którymi byliśmy zainteresowani. Poszliśmy na rynek gdzie w jednej z trzech czynnych knajpek zjedliśmy lunch – talerz regionalnych przekąsek. Jako, że było tam również WiFi, opublikowaliśmy wpis do bloga i wróciliśmy do hotelu z lekka przerażeni, że w takim nudnym mieście spędzimy kolejne 3 dni.

Czytaj dalej »

Rano spakowaliśmy plecaki i zostawiliśmy je w hostelowym barze. Poprosiliśmy w recepcji o zamówienie nam rowerowej wyprawy z firmą Bikes and Wines. Za 45 peso od osoby zostaliśmy zabrani z hostelu i zawiezieni do regionu Maipu (kilkanaście kilometrów od Mendozy). Jechaliśmy samochodem razem z młodą Amerykanką, o górskim imieniu Sierra, która jest w trakcie 3-miesięcznej wyprawy po Argentynie. 3 miesiące podróżowania…. Ehhh może kiedyś?

Niestety okazało się, że firma Bikes and Wines co prawda ma niezły marketing (ładne logo, spójna komunikacja marketingowa, ulotki obecne we wszystkich hostelach), ale jakość rowerów pozostawia wiele do życzenia. Hamulce w naszych rowerach na szczęście jeszcze działały, ale przerzutki już niekoniecznie. 12 km rowerem w jedną stronę nie brzmi dla nas szokująco, nawet na rowerach bez przerzutek. Na szczęście mamy pewność, że w przypadku jakiegokolwiek problemu z rowerem chłopcy z Bikes and Wines pojawią się wciągu 20 minut od zgłoszenia.

Czytaj dalej »

Barbórka w Andach

Puente del Inca

O 7.30 rano byliśmy przed naszym hostelem w oczekiwaniu na wycieczkę. Po kilkunastu minutach podjechał busik z biura podróży (zdążyliśmy jeszcze wypić kawę/herbatę i zjeść czerstwe ciastko na śniadanie). Okazało się niestety, że nasz przewodnik nie mówi po angielsku, ale jako, że miałem przy sobie tłumacza w postaci Marty, niewiele mi to przeszkadzało. Nastawiłem się w trakcie tej wycieczki głównie na podziwianie widoków. Nasza dzisiejsza wyprawa nosiła nazwę „Alta Montana” czyli wysokie góry, nasz mikrobus powoli wspinał się coraz wyżej między szczyty Andów, by na koniec dotrzeć do granicy z Chile. Podczas całej trasy przejechaliśmy przez czternaście tuneli, które nasz przewodnik na głos odliczał i w każdym w ramach rozrywki zachęcał do gorących okrzyków i bicia brawa. Na koniec wjechaliśmy na wysokość 3200 m.n.p.m. skąd już tylko kilka kilometrów dzieliło nas od granicy z Chile. Mogliśmy też podziwiać ośnieżoną częściowo Aconcague. Ogółem pokonaliśmy busikiem ponad 300 km.

Czytaj dalej »

Leniwy dzień w Mendozie

Kwitnąca Mendoza

Gdy się obudziłam, było już około 8.00 i bylismy w okolicy San Juan. Niedługo potem steward podał nam śniadanko (wersja argentyńska czyli herbatniki i ciastko + kawa lub herbata). Około 10.00 wysiedliśmy na dworcu w Mendozie i zaczęliśmy poszukiwania noclegu, gdyż tym razem nie udało nam się wcześniej nic zarezerwować. Zadzwoniłam do rekomendowanego w Lonely Hostelu BreakPoint i zarezerwowałam pokój na 2 noce. Gdy podjechaliśmy pod hostel, okazało się że trwa tam remont, więc zaczęliśmy mieć wątpliwości, czy na pewno chcemy się tu zatrzymać. Przeszliśmy się jeszcze do 3 okolicznych hosteli, ale w żadnym nie było miejsc, więc wróciliśmy do BreakPoint. Nie było idealnie, ale pokój był spory i czysty, a remont aż tak bardzo nie przeszkadzał, szczególnie, że większość czasu spędzaliśmy na zewnątrz (pokój z łazienką kosztował 150 za dzień). Po krótkim odpoczynku poszliśmy na spacer po mieście. Zjedliśmy lunczyk – Zbyszek oczywiście wybrał ogromny stek z wołowiny.

Czytaj dalej »

Spacer po dzielnicy La Boca

Dzisiejszy dzień przeznaczyliśmy na zwiedzenie w Buenos tych miejsc, których nie zdążyliśmy zobaczyć poprzednim razem. Rozpoczęliśmy od historycznej dzielnicy La Boca, która pojawia się na wielu widokówkach ze stolicy Argentyny. To właśnie w tych okolicach w 19 wieku osiedlali się emigranci z Europy. Aby tam dojechać, wsiedliśmy na ulicy Santa Fe w autobus nr 152. Gdy autobus ruszył, okazało się, że bilety sprzedaje tu maszyna, a kierowca nie ma drobnych, więc zamiast dwóch biletów, za zgodą kierowcy, kupiliśmy jeden. Czyli jedno z nas (nie ja, bo miałam bilet w kieszeni) jechało na gapę. Wysiedliśmy na ostatnim przystanku, gdzie zaczepiła nas jakaś kobieta, ostrzegając żebyśmy uważali na złodziei. Uważaliśmy, znów zamknęliśmy plecak na kłódki, żeby nie dało się nic z niego wyjąć, a dokumenty i pieniądze mieliśmy dobrze schowane.

Czytaj dalej »

Tango i Buenos

Rano w Trelew spakowaliśmy wszystko do samochodu i ruszyliśmy na lotnisko. Lotnisko próbowało się przed nami ukryć, ale po jakichś 30 minutach kręcenia się w kółko (co jak na miasto wielkości 100 000 mieszkańców i posiadającym jeden port lotniczy jest niezłym wyczynem) i omyłkowym dotarciu na terminal autobusowy (pojechałem za znakiem Trelew Terminal myśląc że chodzi o terminal lotniczy :-( ) znaleźliśmy się na lotnisku.

Chwilę później pojawiła się tam pani, której mieliśmy zwrócić wypożyczony samochód. Na szczęście nie stwierdziła żadnych widocznych obrażeń naszego czerwonego potwora. Musieliśmy tylko dopłacić za dodatkowe kilometry przejechane -powyżej 200 km dziennie. Przy wypożyczaniu dogadałam się z nią, że za 200 km dziennie dodatkowo zapłacimy 30 peso.

Czytaj dalej »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.