Atlantyk – Amsterdam – Warszawa

Podróż przez Atlantyk upłynęła bez żadnych perturbacji. Obejrzeliśmy kilka filmów a w przerwach drzemaliśmy. Marcie spuchły nogi tak, że bała się czy po wylądowaniu zmieści je do butów. Dodatkowo jedna noga spuchła jej bardziej, bo ostatniego dnia coś (jakiś owad?) ją użarło trzy razy w łydkę.
Samolot wylądował w Amsterdamie z lekkim opóźnieniem. Pogoda na zewnątrz była drastycznie inna od tej, do której się przyzwyczailiśmy w czasie ostatnich trzech tygodni – było szaroburo, padał deszcz i wyglądało na to, że jest zimno. Po wyjściu z samolotu, w drugiej części „rękawa” prowadzącego na lotnisko, wszyscy pasażerowie musieli się ustawić wzdłuż ściany gęsiego i przystanąć na chwilę. Wzdłuż całego szeregu przechodził strażnik z psem węszącym w poszukiwaniu narkotyków. Pies był trochę rozkojarzony, jego przewodnik wkurzony na psa, ludzie się kręcili, przewodnik psa ustawiał ich z powrotem w szeregu więc było zabawnie… Szereg mógł ruszyć dalej tylko na znak dany przez przewodnika psa. U nikogo nie znaleziono narkotyków…

Czytaj dalej

Itaipu i początek powrotu…

Nadszedł dzień naszego powrotu. Wczoraj wieczorem rozpoczęliśmy akcję pakowania. Akcja została zakończona sukcesem rano przed śniadaniem. W nocy próbowaliśmy zacheckinować się na powrotny lot z Sao Paulo do Warszawy. Okazało się jednak, że na ponad 24 godziny przed planowanym wylotem wszystkie miejsca przy oknach były już zajęte. Musieliśmy zadowolić się miejscami w środkowej części samolotu…

Cały poprzedni dzień w przerwach między zwiedzaniem wodospadów i oglądaniem egzotycznych ptaków przekonywałem Martę, że jak już tu jesteśmy to warto zobaczyć ITAIPU, drugą co do wielkości hydroelektrownię na świecie. M: Na zdjęciach oglądanych przed wyjazdem obiekt wyglądał mało interesująco, dużo betonu i tyle. Z: Marta w końcu się złamała, powiedziała, że zrobi mi przyjemność i pojedzie. Poprzedniego dnia już było za późno, żeby załatwić bilety, więc zaraz po śniadaniu pobiegłem na recepcję. Chciałem żebyśmy pojechali na tzw. Special tour, czyli oglądanie elektrowni z punktów widokowych wraz z możliwością zwiedzania jej od środka. Ta przyjemność kosztuje 37 reali od osoby + dojazd busikiem w jedną stronę 30 reali + powrót komunikacją miejską za jakieś 4 reale. Córka pani Eweliny dodzwoniła się rano do elektrowni i okazało się, że jest  problem z dostępnością miejsc na zwiedzanie na godzinę 9.00, zostały miejsca tylko na 8.30 i to z hiszpańskojęzycznym przewodnikiem. Ruszyliśmy więc szybko busikiem z córką pani Eweliny za kierownicą, aby zdążyć na 8.30.

Czytaj dalej

Iguassu – wodospady po brazylijsku

Rano po śniadaniu przegraliśmy od poznanych wczoraj Polaków płytę z filmem z wycieczki motorówką po wodospadach.  Od razu się z nimi pożegnaliśmy, jako że około południa mieli autobus do Rio de Janeiro. Do brazylijskiej części wodospadów postanowiliśmy wybrać się komunikacją miejską. Wsiedliśmy do autobusu, który jechał najpierw na lotnisko, a jego ostatni przystanek był pod wejściem do parku narodowego. Podobnie jak w Sao Paulo, bilety w autobusie nie były sprzedawane przez kierowcę, ale przez specjalnego bileciarza, który siedział przy obrotowych drzwiczkach i przepuszczał tylko tych, którzy zapłacili za przejazd po 2,20 Reala za osobę. Na pewno jest to dobry sposób na zmniejszenie bezrobocia w Brazylii. Podróż autobusem trwała jakies 30 minut. Wysiedliśmy na ostatnim przystanku i kupiliśmy bilety do Parku. Czytaj dalej

Wodospady Iguazu z wody, lądu i powietrza…

Rano obudziło nas piękne słońce, które zapowiadało pogodny,  gorący dzień. Korzystając ze sprzyjających warunków atmosferycznych, postanowiliśmy wybrać się na całodniową wyprawę na argentyńską stronę wodospadów Iguazu.  Na śniadaniu w Pousadzie Evelina, w której się zatrzymaliśmy, spotkaliśmy po raz pierwszy w czasie tego wyjazdu Polaków, Elę i  Mirka (zwanego przez żonę Kubą) z Tychów. Okazało się, że także wybierają się dziś na Argentyńską stronę i szukają współtowarzyszy wyprawy, którą organizuje właścicielka pensjonatu, pani Ewelina. Czytaj dalej

Bye bye Buenos

Po pobudce dostaliśmy małe śniadanko żegnając się tym samym z naszym przysmakiem dulce de lece podawanym tu każdego ranka. Buenos powitało nas piękną słoneczną pogodą. Na przedmieściach na lokalnych przystankach autobusowych wiły się długie kolejki argentyńczyków, którzy jechali do pracy do centrum. Wysiedliśmy na terminalu autobusowym Retiro ok. 8.30 i od razu złapaliśmy taksówkę na lotnisko krajowe Aeroparque.  Na miejscu okazało się, że nie musimy korzystać z przechowalni bagażu na lotnisku, jak przewidywaliśmy. Możemy nadać bagaż od razu, mimo że lot jest dopiero o 15.00. Przeszliśmy więc przez „check-in” i wyzwoleni od plecaków ruszyliśmy na pożegnanie z Buenos Aires. Czytaj dalej

La Rioja zmienna jak kameleon

Nasz hotel Gran Embajador

Tego dnia pospaliśmy sobie nieco dłużej. Po zniesieniu plecaków na recepcję okazało się, że jest już po 10.00 i ze śniadania nici. Porzuciliśmy więc nasze „garby” na recepcji, zostawiliśmy znowu pranie (prosząc, żeby było gotowe na 16.00) i ruszyliśmy w miasto. La Rioja tym razem była pełna ludzi. Na ulicach, w sklepach i w kafejkach tłok i gwar. Jak w mrowisku. Zdziwiła nas nieco duża liczba dzieci z mamami na ulicach przemieszczających się w małych stadkach w takich samych ubrankach. Na każdym ubraniu dziecko miało wyszyte swoje imię z przodu a z tyłu rok 2009. Okazało się, że jest to zakończenie roku szkolnego.

Czytaj dalej

Wielki Kanion w Argentynie

Rano wpakowaliśmy się do mikrobusu i pojechaliśmy na stację benzynową na śniadanie. Dodatkowo zaopatrzyliśmy się tam w suchy prowiant i mokre picie😉 na wyprawę do Parku Talampaya, który nie jest bogaty w ośrodki gastronomiczne. Talampaya w języku quechua oznacza wyschniętą rzekę Tala. Formacje skalne i kaniony, które możemy tu zobaczyć są efektem erozji spowodowanej przez wodę.

W centrum informacyjnym musieliśmy poczekać na przewodnika. Razem z nim pojechaliśmy do punktu, z wyruszyliśmy na 3 godzinny trekking po parku. Jeśli chodzi o klimat to jest tu podobnie jak w Ischigualasto – w lecie +40 stopni. Jeśli chodzi o formacje skalne – to są trochę inne… Tutaj wnoszą się wysokie, prawie prostopadłe, czerwone skały pomiędzy, którymi jest wytyczonych kilka szlaków do marszu albo jazdy rowerem. Skały przypominają nieco otoczenie Wielkiego Kanionu Kolorado, wielokrotnie oglądanego przez nas w filmach. W takim nieprzyjaznym środowisku spotkaliśmy jednak również przedstawicieli fauny – mała grupa gryzoni zwanych mara przycupnęła sobie w cieniu drzewa, a w powrotnej drodze zobaczyliśmy strusie nandu…

Czytaj dalej